Rzabol W Szanghaju Rzabka

Lyrics

  • Song lyrics Pan Wywrotek
[Zwrotka 1]
Wjeżdżam do Szanghaju
Tu każdy jest na haju
A ja jestem tu nowy
I nie mam żadnych stanów
Ale mam parę planów
Pełno przećpanych gałów
Ciągle mnie dziwi
że tu każdy żółty
Jest od dragów
O rety jestem w raju
Rzabol w Szanghaju
Będę jadł sushi i patrzył jak się krztusisz
Mam białe buty i się patrzą na mnie dziwnie
Bo nie jestem skuty
Jak oni ale są ze mną ziomy to tam się jakieś babki
Trzyma ze dwa wory patrzy się na mnie dziwnie
Jakbym był jej obcy, chyba że się boi, że wywinę
Szpagat za dwa wory mówię proszę się nie bać
My też jesteśmy ziomy
Ona zlała totalnie i poszliśmy w różne strony
O raju raju Rzabol w Szanghaju
Mam tyle planów mam tyle stanów na raz
Piję sake i browara płonie lufa i kotara
I jontindel mamy w planach
Pełny portfel i samara
Słuchaj życie na wakacjach
Niezła fazka w samym sercu miasta
Ja i moje kasta dziwi mnie ta jazda
ćpuny w szkołach i na pasach
Policjantka nastukana gały ma jak kapibara
Zapytał bym czy ma grama, ale wstydzę się
Bo ładna ciągle patrzą się jakbym był Gandalf
Jakby przywalili co ja to by gęba im pobladła
Teraz jest żółta jak, ciastka w tych śmiesznych paczkach
Mam śmieszne myśli to chyba efekt blanta
W kraju niebieskiego smoka walę niebieskiego sztosa
Dawno mam lasery w oczach no i zmieniam stan jak kanał
Mała kocham to miasto życie tu grzeje jak tabasko
Krewetki w sosie mmmm.... to pyszne śniadanko
Idziemy obok szkoły chinol sprzedaje wory
Krystian krzyczy ''kamahamaham'' my cieszymy mordy
Tłuściutkie Chinki mają nóżki jak sajgonki
Same szkolne mundurki i żółte mordki
Piękne miasto dobrze, że mam paszport
Gdybym go nie miał to raczej bym siedział w domu
Krystian nie widzi świata po za kręceniem blanta
Kręci i mówi, że odkrył sens tego świata
Jedziemy w metrze nie wiem jaka to następna stacja
Ale chcę już wysiadać to drugi koniec miasta
Krystian mówi ''czekaj'' już kończę kręcić blanta
Mowie spadaj skręcisz potem i wysiadam idzie za mną
No i mówi coś pod nosem, że jestem zjebany
Bo pożegnał się z topem no bo upadł mu w pośpiechu
Mówi coś o grzechu jak go nie słucham za rok pale
Blanciucha co go skitrałem w sekrecie
Jak Krystian był w toalecie i go wyciągam
Krystian pyta ''skąd masz'' i robi minę jakby to była pamiątka
Od nieżyjącego Ojca mówię, że znalazłem i, że nie dam mu
Powąchać i oślepia mnie blask słońca
Mam żuany i złotówki za drugie nie kupię lufki
Jadą fury wyścigówki jakieś chińskie pokazówki
Ja tego nie ogarniam wcale mnie to nie jara
Chcę wracać do Błażeja i Gabriela
Więc biorę Krystiana ze sobą on coś kręci głową
Chciałby tu zostać, ale jest świadom tego, że
Ma na jednego lolka a w hotelu towar sushi i chiński browar
Nie wiem jak wrócić, ale wierze w pomoc Boga
Na GPS-ie w telefonie obczajamy drogę
Trochę zagubieni, ale trafimy na swoje przed domem w sklepie
Przeprowadzam dochodzenie biorę dziwne jedzenie
W jakiejś dziwnej chińskiej cenie
Wpadam na chatę a tam siedzi Błażej
Gabryś zmienia folię no bo se zrobił chińską dziarę
Jakieś wzorki a Krystian bierze dwa worki i miesza i się cieszy
że zaraz pokręci lolki Błażej je chińskie pierożki
I robi pompki bo dba o formę tak jak Krystian dba o jointy
A pro po Krycha to coś mówi, że chce coś kupić
No i to zabrać do Polski i to nie jointy
Coś mówi o wężulkach, ze czytał w internecie
Ze nic go tak nie kopnie jak lot po chińskiej mecie
Ale nikt inny nie chce
Krystian czuje się sam na świecie i sam wychodzi szukać
Dilerów chinoli w mieście my tez idziemy no bo Krystian
Nie wziął klucza będą jaja jak se wróci
No a nas nie będzie tutaj (haha! dobre)
Biorę bucha i zakładam buta Błażej gada z mama bo się pyta
Jak wakacje idziemy na kolacje wszędzie są restauracje
Nie wiem które fajne, ale idziemy do tej co wygląda ładnie
Biorę kurczak gongbao tako taki mi mało i chińskich wrażeń
Wiec biorę jeszcze kaczkę
Błażej wziął bakłażany o rybnym aromacie
Gabriel wziął laksalema i asamlaksa fajne
Siedzimy luźno, a ja kiszce później
Patrzymy za okno a tam biegnie jakiś dureń
A za nim pięć chinoli ten pierwszy potłuczony
Obgadujemy gnoji pije herbatkę z goji
Przebiegli bliżej Błażej aż przetarł oczy
To przecież Krystian tak obity ze nie podobny
Przebiegli dalej chwile myślę czy go uratować
Ale przypominam se jaki jest Krystian
I myślę, że pewnie zasłużył z pełnym żołądkiem
Opuszczamy to miejsce i idziemy na chatę
Na blanty i posiedzieć bo mamy spory balkon
Stad widać cale miasto trzech muszkieterów
Rozpalonych jak żelazko
Dawno już światło zgasło i śpi już całe miasto
Jutro wieczorem powrót gdzie ten Krystian matko
Może go zabili, a może uciekł nie wiem ale pora spać
Bo rano trzeba zbierać dupę leży czyściutki już w swoim
Łóżeczku i mi trochę smutno, że muszę wracać jutro
Zamykam oczka i pochlania mnie otchłań
Dużo balowałem wiec lubię sobie dużo pospać
O koło szóstej nad ranem słyszę dzwonienie, pukanie
Ale mam wyjebane śpię bo oczka nie wyspane
Wiec otworzył Błażej Krystian wpada mówi
Nalej mi wódeczki, co się stało bracie to Ty kurwa nie uwierzysz
Mówi, Gabriel się zaśmiał bo zobaczył jego mordę
Nie miał dwóch zębów i nie widział jednym okiem
Cały zasapany mówi spotkałem chinoli
Pytał ich czy maja gramy mówili mu proszę z nami
Przejechał metrem wysiadł na dziwnej stacji
Poszedł z nimi do zioma kupić sobie zapasy
Weszli do jakiejś klatki na pietrze ostatnim
Weszli do jakiejś chaty a Krystian poczuł blanty
Było spoko chinol spytał go ile posypać, Krystian mówi
Dużo i ogląda co mu chinol wyjął i zaczął warzyć wyszło
4 gramy Krystian mówi spoko i już liczy żuany no, ale chinol
Mówi, ze Krystian ma ich za mało Krystian mówi
No weź odpuść jakbym miał to dałbym każde siano
Chinol mówi w drugim pokoju mam worek z gorszym sortem
Tylko weź poczekaj trochę, zrobił transfer z pokojem ale to
Leży na stole to co już odważone Krystian stoi nad stołem
Obczaja sytyuację no i zawija się z worem i pakuje w kieszeń
Jeszcze kryształ co leżał na stole
Wybiega z klatki ale jak już biegł po schodach
Słyszał wyżej dziwne krzyki bo ktoś pędził by go dorwać
I Krystian biegł przed siebie już chyba zgubił pościg
Ale jak patrzył za siebie uderzył głową w chodnik
Leżał prawie minute i nie mógł się pozbierać
Towar skitrany w dupie już lekko mu doskwiera
I idzie dalej, a tam te same chinole
Mówi ''ja pierdole'' i ucieka w inna stronę
Musieli go dostrzec bo biegną skopać mu mordę
Krystian już obolały wolno biegnie ziomek
I go dorwali i obili mu mordę krzyczą ''gdzie masz towar!?''
A on ze zgubił sprawdzają go wszędzie w kieszeni
Skarpecie no i wzięli go do fury no i ściągnęli mu gacie
Ale Krystian włożył tak głęboko albo ma mocne zwieracze
Bo nic nie wypadło chinole myślą jak to
Szukają tam gdzie go znaleźli
Ale nie ma nic na ziemi wszyscy zdezorientowani
Krystian wykorzystał moment i ucieka zajebany
Okrwawiony nos i wargi nim zdążyli się połapać
Uciekł do innego świata opuścił getto
Wyszedł na ulice miasta i się zdziwił jak to oni
Znowu oni gonią go, a obok restauracja bogata
A on obity jak szmata jak mógł tak zapierdalał
I udało mu się zgubić gnoji myślał jak dotrzeć na chatę
To nie było łatwe nie wiedział gdzie jest, no a telefon
Rozjebany było marnie poszedł na metro mniej więcej
Tam skąd wracał i przejechał trochę no i wysiadł tam gdzie
Wsiadał, ale był zagubiony tak długo szukał drogi, ze
Dopiero o szóstej ogarnął te dobre strony nie wiem co mówić
Zadziwił mnie ten koleś i dotarło do mnie wtedy jaki to jest
Głupi ziomek i szczerzy zęby szczeliny jak stadiony kembridż
Opuszcza majtki i wkłada rękę se do sraki
I wyciąga worek trochę w gównie Gabriel mówi
''Ty biedna kurwo'' Krystian nie czeka wysypuje krechę
Miażdży kartą i wciąga w chuj szczęśliwy idę spać
I pierdole niech mnie nie obudza pipy
Wstaje po dwunastej Krystian śpi na balkonie
Pakujemy swoje rzeczy i idziemy na śniadanko pozwiedzać miasto w pobliżu lotniska stoją Chińskie piździska
Patrzą się na nas ale już wsiadam w samolot nawet
Nie marzyłem o takich wakacjach
Bylo zajebiscie chlopaki krystian piatka elo bracie



Rate this interpretation
anonim